Bloog Wirtualna Polska
Są 1 278 082 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

OPOWIADANIA ZIMOWE

piątek, 12 stycznia 2018 11:27

 

 

OPOWIADANIE ZIMOWE nr 1:

 

 

NATALIA NOWICZ: „Zimowy cud’’

 

 

Pewnego ranka, gdy całe miasto budziło się do życia, pierwszy płatek śniegu spadł na ziemię, a mały wróbelek nucił coś na sośnie, wszystko wydawało się takie idealne. Ludzie kupowali sobie prezenty, stroili choinki, lepili bałwany, a małe dzieci rzucały śnieżkami w losowych przechodniów. Nie wszystko jednak było takie cudowne na jakie wyglądało…

         Nieopodal centrum, na skraju zapomnianej uliczki siedziała mała dziewczynka. Była zziębnięta, schorowana, a w swych małych rączkach trzymała pudełeczko. Każdy omijał ją z daleka, aż pewnego razu podszedł do niej tajemniczy brunet. Chłopiec ubrany był w czarny płaszcz, spodnie, a na głowie miał cylinder. Po chwili przypatrywania się uklęknął, chwycił jej drobne ramiona i z całej siły przytulił. Zszokowana dziewczynka spojrzała na niego i spytała:

- Dlaczego to zrobiłeś?

Młody mężczyzna wstał, wytarł kolana i odpowiedział:

- Zrobiłem to, ponieważ tak postępują przyjaciele.

- Ale dlaczego uważasz, że jesteśmy przyjaciółmi? - zapytała.

- Nawet się nie znamy.

- Przyjacielem jest każdy, kto dostrzega w kimś wyjątkowego człowieka i potrafi sprawić, nawet poprzez drobny gest, że druga osoba poczuje wsparcie, a cały świat nabierze nowych barw - odpowiedział, po czym pożegnał się i odszedł.

         Dziewczynka przez cały dzień zastanawiała się nad słowami chłopaka. Następnego dnia chciała go odszukać, przyznać mu rację, lecz okazało się, że nikt o nim nie słyszał. Wtedy zrozumiała, że ten młody mężczyzna nie mógł pojawić się w jej życiu przypadkowo. Uzmysłowił jej, że nie zawsze należy iść prosto i trzymać się jednej, wyznaczonej  trasy. Czasem warto skręcić w prawo lub w lewo, aby dostrzec to, czego inni nie widzą i odnaleźć coś bardzo ważnego - przyjaźń.

 

 

 

 

OPOWIADANIE ZIMOWE nr 2:

 

 

JULIA NIEWIADOMSKA: „Szczęśliwe Święta”

 

 

Dawno temu była sobie pewna holenderska rodzina - Daisy, Loren i Adam. Rodzice Daisy pracowali bardzo dużo i mieli zawsze sporo pieniędzy. Żyli w dostatku i bogactwie. Kupowali jej wszystko: drogie ubrania, zabawki, markowe buty. Mimo tego, że dziewczynka mogła mieć wszystko czego zapragnęła, nie była tak do końca szczęśliwa. Brakowało jej bliskości i czułości rodziców. Czuła się niekochana i zaniedbywana.

       Zbliżały się święta... Magiczny czas, który świętujemy z najbliższymi. Jednak Daisy nie mogła na to liczyć... Pewnego grudniowego wieczora usłyszała rozmowę swoich rodziców.

- Muszę wyjechać w delegację - powiedziała przygnębiona Loren. - Nie zdążę wrócić na święta – dodała po chwili.

- Ja niestety muszę w święta zostać na służbie - odparł Adam.

Słysząc to, dziewczynka zupełnie się załamała. Rzuciła się na łóżko i zaczęła płakać. „Tak bardzo chciałabym, żeby oni tu ze mną byli"-pomyślała.

Gdy w końcu nadszedł ten upragniony dzień, Daisy nie miała ochoty wychodzić z pokoju. Nie wiedziała jednak, że Bóg spełnił jej życzenie i rodzice zostali w domu, robiąc jej tym samym niespodziankę. Usłyszała z kuchni jakieś szmery, więc postanowiła jednak wyjść z pokoju.

- Mamo? Tato? To wy? - pobiegła do kuchni i rzuciła im się na szyję.

- Co wy tu robicie? - zapytała szczęśliwa.

- Po prostu jesteśmy tu, by z naszą córeczką świętować Boże Narodzenie – odpowiedzieli niemal jednocześnie.

I tak oto RAZEM spędzili te najpięknbiejsze dni w roku. Loren i Adam w końcu zrozumieli, co tak naprawdę jest najważniejsze w życiu i zaczęli się bardziej interesować swoją córką, a Daisy nareszcie czuła się kochana i szczęśliwa. 

 

 

 

 

OPOWIADANIE ZIMOWE nr 3:

 

 

KAROLINA ŁUCZAK: "Magia Świąt"

 

 

Był mroźny, grudniowy wieczór. Okolica tonęła w ciemności, grube płatki śniegu opadały powoli na drogi, dachy, parapety, układały się w kolejne warstwy zimnego, białego puchu. Ulice były puste - może ze względu na temperaturę? A może dlatego, że nie był to zwyczajny wieczór lecz wigilijny?

         Pogrążony w konteplacji, błąkał się bez celu. Nie chciał wracać do domu, nie miał do kogo wracać. Miesiąc temu pochował żonę - ostatnią bliską mu osobę. Od tamtej chwili... wszystko straciło sens. Nic nie było takie, jak kiedyś. Nie czuł unoszącej się w powietrzu magii świąt, tej cudownej atmosfery. Nie czuł też opuszków palców, a mróz szczypał go w uszy. Zrozumiał, że swoje kroki musi skierować do domu. Pustego domu.

         Andrzej siedział teraz przy stole. Leżała przed nim bułka z serem - kolacja wigilijna, którą spożyć miał w towarzystwie myśli i wspomnień, wypełniających jego głowę.

- Tak bardzo chciałbym, żebyś była teraz obok mnie - zaczął monolog. - Tak bardzo mi ciebie brakuje. Nie mam co ze sobą zrobić, nie stać mnie nawet na przygotowanie wieczerzy wigilijnej. Zresztą... i tak nie byłbym w stanie dorównać twojej kuchni - posmutniał teraz jeszcze bardziej, wstał od stołu i udał się na spacer. Nie mógł znieść tej wszechobecnej pustki.

- Co pan robi w Wigilię na takim mrozie? - zapytała, z troską w głosie, kobieta napotkana podczas przechadzki.

- Myślę, spaceruję - odparł niepewnie Andrzej. - Wie pani, nic innego mi nie zostało, nie mam z kim spędzić tego dnia.

         Po tych słowach wszystko się zmieniło. Kobieta zaprosiła Andrzeja do wypełnionego radością mieszkania, w którym magia wigilijnego wieczoru unosiła się w powietrzu i udzielała każdemu. Coś wspaniałego. Mężczyzna był wzruszony, że istnieją tak wspaniali ludzie. Ludzie, którzy potrafią pomagać bezinteresownie, wspierać w trudnych momentach. Był dumny. Nigdy jeszcze nie wypowiedział tyle razy słowa "dziękuję".

 

 

 

 

OPOWIADANIE nr 4:

 

 

PAULINA GRZYB: "Latarnia"

 

 

Wreszcie nastał zimowy piątek, na który tak wszyscy czekali. Dominika, młoda studentka medycyny o szczupłej budowie ciała, jasnych włosach i dużych błękitnych oczach, wróciła właśnie do domu po wykładach. Była wykończona, więc miała ochotę się położyć i włączyć pierwszą lepszą komedię oraz nalać trochę wina dla rozluźnienia. Nagle usłyszała dzwoniący telefon, odebrała:

 - Halo?

 - Cześć Dominika, jak tam po wykładach, przeżyłaś?

 - Tak, tak, wszystko w porządku...

 - To się cieszę, pamiętasz o dzisiejszym spotkaniu?

 - Eee... Oczywiście! - odpowiedziała po chwili zastanowienia, tak naprawdę nie mając pojęcia, o co chodzi.

 - Świetnie! Podejdź pod moją klatkę, a reszta to będzie niespodzianka!

 - Pewnie, to do zobaczenia!

               Dziewczyna przez chwilę musiała pomyśleć. W końcu przypomniało jej się, że jest umówiona ze swoim chłopakiem o 18.00 z okazji drugiej rocznicy związku. Oboje byli ze sobą bardzo związani i dobrze im się wiodło. Od razu zerwała się na proste nogi. Pobiegła do łazienki ogarnąć włosy i nałożyć lekki makijaż. W międzyczasie myślała, co mogła na siebie założyć. Wybrała elegancką, czarną, przylegającą sukienkę, wysokie kozaki na szpilce, a do tego granatowy płaszcz i chustę.

                Zegar pokazał 17.40. Był to odpowiedni czas na wyjście. Po opuszczeniu budynku ostrożnie szła przed siebie, gdyż było ślisko. W końcu dotarła na umówione miejsce. Miała jeszcze 5 minut, więc krążyła spokojnie wokół bloku. W tej samej chwili zapanowała całkowita ciemność. Nie wiedziała, co się dzieje. Czuła czyjeś dłonie na swoich oczach oraz ustach. Zza siebie usłyszała męski, nieznajomy jej głos:

 - Bez żadnych numerów! Nie próbuj krzyczeć ani się wyrywać, bo pożałujesz!

Cała zapłakana jedynie kiwnęła głową na potwierdzenie. Idąc gdzieś z mężczyzną, modliła się, żeby jej ukochany pojawił się i wyrwał ją z rąk oprawcy. To jednak było na marne - nie słyszała niczego, oprócz skrzypiącego śniegu pod stopami. Po kilkunastu metrach wsiadła do auta. Dalej niczego nie widziała. Jadąc, miała swoje całe życie przed oczami. Szlochała, a jej adrenalina dalej wzrastała. Minęły jakieś 2 minuty, lecz dla niej trwały one jak 2 godziny. Kazał jej wysiąść. Wiedziała, że to będzie już koniec. Nareszcie wszystko się skończy. Będzie po wszystkim...

                Została przekazana w ręce drugiego napastnika. Weszli po schodach do jakiegoś pomieszczenia, następnie została wprowadzona do łazienki, gdzie napastnik zdjął kominiarkę i zabrał ręce z jej oczu. Dominika stanęła jak wryta. Zobaczyła przyjaciela swojego chłopaka. Zaczęła okładać go po klatce piersiowej, przy tym płacząc jak nigdy dotąd. Kucnęła pod ścianą i zaczęła błagać o jakiekolwiek wyjaśnienia. Ten nic nie mówił konkretnie, tylko uspokoił ją i uśmiechał się. Po chwili powiedział:

 - Już spokojnie, włącz telefon i odczytaj wiadomość - po czym wyszedł. Młoda dziewczyna wyciągnęła telefon i przeczytała sms: „Popraw makijaż, uśmiechnij się i wyjdź z łazienki, następnie skieruj się w stronę głównego korytarza.” Dalej niczego nie potrafiła pojąć, czy to są jakieś żarty, może sen. Chciała, żeby ktoś ją uszczypnął. Kilka minut kombinowała, o co może właściwie chodzić, jednocześnie ocierając oczy delikatną chusteczką. Wyszła, kierując się drogą, jaką dostała w wiadomości. Była w ciężkim szoku. Ujrzała swojego ukochanego w garniturze, klęczącego z małym pudełeczkiem w ręku. Obok niego stał znajomy razem zresztą „bandytów”.

 - Dominika, nie chcę teraz wszystkiego wyjaśniać, był to nasz wspólny plan, aby ten dzień był dniem, który zapadnie ci najbardziej w pamięci. Wyjdziesz za mnie? - spytał partner.

Dziewczyna wpadła w szał. Miała ochotę na niego nawrzeszczeć, ale zebrała się w sobie i wyszła. Niedoszły narzeczony wybiegł za nią. Zaraz po otwarciu drzwi dostał śnieżką w twarz i na „do widzenia” obraz środkowego palca swojej kobiety.

              Oboje przeszli przez zaśnieżoną ulicę. Chłopak zapytał jeszcze raz o rękę, tym razem usłyszał „tak”. Oboje zaczęli się śmiać. Narzeczona dalej nie otrzymała wyjaśnień, ale z miłości była w stanie wybaczyć wszystko. Przytulili się, stojąc pod latarnią, w której świetle było widać wolno opadające płatki śniegu.

 

 

 

 

OPOWIADANIE nr 5:

 

 

WERONIKA SANCAR: "Wygnanie z raju"

 

 

Dziś Wigilia. Przygotowania idą pełną parą. Choinka udekorowana w kącie, świąteczne potrawy zapachem dają o sobie znać. Wszystko jest niemalże gotowe, brakuje jedynie ulubionego przysmaku Beau. Na wieść o makówkach traci zmysły, dlatego też ma się tu zjawić za dwadzieścia minut.

- Cóż, chyba zdążę wybrać się do sklepu - mamroczę pod nosem, zgarniając z szafki zielony kożuch.

Żwawo wygrzebuję się z domu i szybkim krokiem udaję się do najbliższego, a zarazem najpopularniejszego supermarketu w Kuat. Pod nosem powtarzam sobie listę składników.

- Mak, bezy, bita śmietana - przerywam na chwilkę - Mak, bezy...

Ku mojemu zdumieniu, naprzeciw mnie po drugiej stronie ulicy, dostrzegam sylwetkę ukochanego. Nie widziałam go chyba tydzień, odkąd wyjechał, aby spędzić kilka przedświątecznych dni z matką. Upłynęło na tyle dużo czasu, że zdążyłam się za nim bardzo stęsknić. Błądząc chwilę myślami, postanawiam przywitać go tu i teraz najtroskliwiej jak zdołam. Ten wzdryga się i niespodziewanie przyspiesza na widok mojej osoby wkraczającej na drogę. Nie pojmuję jego poczynań, to oczywiste, że nie chcę obściskiwać się z nim na środku przecznicy przed zniecierpliwionymi kierowcami. Beau rzuca się na mnie, jednocześnie spychając mnie nieudolnie na pobocze.

Huk. Rażące światła migoczą mi przed oczami. Palce u mojej dłoni lekko drgają. Zaciskam mocno pięści, aby nie wrzeszczeć z bólu. To w nich gromadzę cierpienie. Nie czuję nóg, ale mimo tego próbuję wstać. Lustruję wzrokiem obszar wokół siebie, szukam poszkodowanego. Widzę go przy masce pojazdu. Staram się do niego przyczołgać i sprawdzić czy oddycha.

Nie znam go, nie znam nikogo, nawet siebie. Nie orientuję się, co tu robię. Nie wiem, dlaczego on leży oblany czerwoną farbą diabła. Nic nie pamiętam, dosłownie nic. Mieszkańcy zgromadzeni przy nas drą się, wydzwaniając gdzie się da i wymachując rękami przed naszymi twarzami. Przeszukuję kieszenie, wyciągam z jednej z nich dowód osobisty i wlepiam w niego wzrok.

- Charlie Cleary – cedzę przez zaciśnięte zęby, po czym spuszczam głowę.

            Mam wrażenie, że minęło może z pół godziny. Leżę na łóżku przypominającym szpitalne i gapię się w sufit. Obok udaje mi się zauważyć nieprzytomnego chłopaka, prawdopodobnie trafił tu ze mną. Przymrużam oczy i taksuję wzrokiem pielęgniarkę i doktora, stojących przy miejscu nieznanego mi gościa. Potrafię usłyszeć o czym rozmawiają.

- Powinien zaraz się wybudzić – oznajmia pan w białm szlafroku. Wykorzystuję chwilę i ponownie sięgam po mój dokument. Wpatruję się w zdjęcie. Moje zdjęcie.

            Włosy mam ulizane do tyłu, starannie spięte w luźnego koka. Rzuca mi się w oczy zdecydowanie za duża ilość wsuwek na mojej głowie. Długie rzęsy pokrywają się z niewyregulowanymi brwiami, a oczy sprawiają, że nie widać wszelkich niedoskonałości tego typu. Umiem też zauważyć niewielką zmarszczkę na nosie, która mnie nieco oszpeca. Właściwie jestem całkiem ładna.

            Pocieszają mnie dwie rzeczy. Wiem, jak się nazywam i jak wyglądam. Reszta przy utracie pamięci nie jest najważniejsza.

            Chłopak otoczony przez wykształconych lekarzy wybudza się. Z początku, nie jestem w stanie się odezwać, rozgląda się nerwowo po sali. Dostrzega mnie. Jego twarz jest bledsza, a grzywka zasłania mu lewe oko, jednak nie przeszkadza mu to w przyglądaniu się mojej osobie.

- Charlie – sapie ciężko – Tak się cieszę, że żyjesz.

Najprawdopodobniej znam tego człowieka, na pewno znałam... Nie zmienia to faktu, że nadal nie wiem, o czym on do mnie mówi. Odwracam głowę, ale cały czas staram się nie spuszczać z niego wzroku. O co mu może chodzić? Może to mój chłopak? Albo mąż?

            Do sekcji medycznej wbiega nienagannie ubrana starsza pani. Na mój widok lekko podskakuje z radości.

- Chyba się nie znamy – stwierdzam.

- Córeczko... – zwraca się do mnie. – Doktorze, co jej dolega?

Mężczyzna w fartuchu wyjaśnia jej zaistniałe okoliczności, a ta prawie że mdleje. Nic nie rozumiem z jego słów, ale nie daję po sobie tego poznać. Nie zrozumiem tego, o co tu chodzi. Odrywam wszystkie kabelki podłączone w jakiś sposób do mojego ciała. Obecni krzyczą do mnie, jednak nie mam zamiaru zwracać na nich uwagi. Wychodząc, ostatnie spojrzenie rzucam chłopakowi.

- Nie mam pojęcia, co nas łączyło, ale to nie ma żadnego znaczenia – rzucam oschle.

Uważająca się za moją matkę niewiasta, tkwi w bezruchu z otwartymi ustami. Mężczyzna, do którego się zwróciłam, przełyka ślinę i przygryza wargę. Widzę, że stara się opanować napływ łez. Mam świadomość tego, jaki ból mu wyrządzam, ale nie potrafię zobaczyć w tym przyszłości, zresztą tak jak w niczym...

- Nigdy nie zapominaj, że... to ja jako pierwszy cię pokochałem... I nigdy nie przestawaj mnie kochać.

Zamurowało mnie doszczętnie, a on pociągnął swoją wypowiedź dalej.

- Nigdy.

Wydaję z siebie pomruk zdziwienia, po czym opuszczam pomieszczenie. Już nigdy go nie pokocham. Zostawiłam go w niewiedzy kim jest. Nawet jeżeli do niego wrócę kiedykolwiek, to nic nie zmieni. Wybucham płaczem, powtarzając sobie jego ostatnie słowa. Właściwie słowo: "Nigdy".

 

 

 

 


Podziel się
oceń
8
0

Wakacyjna przygoda

poniedziałek, 19 września 2016 20:53

 

Słoneczny lipcowy poranek. Godzina dziesiąta czterdzieści pięć. Zaczynam zdawać sobie sprawę, że wakacje się zaczęły. Powoli, jak to zawsze na początku bywa. Piękno sytuacji w jakiej znajdujesz się podczas wakacji to doprawdy niepojęta rzecz.

      Poszedłem więc (śladem szkolnego przyzwyczajenia) podgrzać mleko w mikrofalówce na kakao. „Nie ma mleka. Bosko”. W domu też pusto, rodzice w pracy, a siostra niepostrzeżenie (przez co z – teoretycznie – rodzicielskiej troski wpadam do niej, żeby sprawdzić czy oddycha) zużywa tlen swoim małym, skrytym pod cieplutką, wygrzaną na słonku kołdrą noskiem.  Absurd, że do dzisiaj (po trzech remontach) trzyma żelazną ręką większy pokój. Primo, jest mniejsza. Secundo, ma mniej rzeczy. Tertio, nikogo tam nie zaprasza. Quarto, ma mniejsze łóżko. Nie mam jednak nic przeciwko, lubię moje szaro-czarne, ciasne cztery ściany, o wiele przytulniejsze, niż jej chłód, który bije z jej pokoju, całego w bieli. Co ciekawe, w tych śnieżnobiałych szafkach trzyma niezliczoną ilość zabawek, w tym największą ilość stanowią jej ukochane maskotki, z czego w moim akurat sercu miejsce na piedestale flegmatyzmu mojego serduszka trzymam dla Buzza Astralla, Prosiaczka i Spider-mana. Ubolewam jednak, że Batmana nie zdecydowała się kupić.

      Wróćmy jednak do kuchni, braku mleka i portfela. Zgubiłem. Żadnych pytań, proszę...

      Zacząłem szukać po szafkach drobniaków, szło mi całkiem dobrze. Po przekroczeniu kwoty 20 złotych w moim nastoletnim, skrzywdzonym gimnazjalną rzeczywistością, kulturą popularną i niepoprawnymi grami umyśle pojawiła się ta piękna okrągła rzecz, która bywa w wyobraźniach milionów mężczyzn codziennie zaraz po innej okrągłej rzeczy: PIZZA. Pachnąca, z boczkiem i kukurydzą, na cienkim cieście, z aromatycznymi ziołami i jeszcze aromatyczniejszym boczkiem jeszcze bardziej wątpliwego pochodzenia. W mojej głowie nastąpiła prawdziwa eksplozja, gdy nagle obudziła się Wiktoria ("to małe co kradnie tlen").

      Pomimo dziesięciu lat na karku Wiktoria dla mnie o poranku wygląda na siedem, a jak śpi to na pięć. Jak to zwykle bywa, kobiety - które bardziej dbają o włosy – mają swoistą tarczę, ze strony swojej głowy. Są nią włosy. Każdy facet to wie. Nie lubią, kiedy się je rozdziela, nienawidzą, kiedy się je myje, nie potrafią ścierpieć, kiedy ich właścicielka akurat postanowiła się namiętnie zbliżyć do kogokolwiek – przystępują wtedy do brutalnego ataku. Jednak zawsze chronią swoją właścicielkę, opatulając jej całą twarz podczas snu. Tak wyglądała teraz moja siostra. A ja to musiałem wyczesać.

      Zdecydowałem się po batalii z keratyną urządzić sobie walkę z nabiałem, taką też przedsięwziąłem i ugotowałem jajecznicę z sześciu jajek, po trzy dla każdego. Wiktoria zachwycona jej „glutowato-spieczoną” konsystencją poprosiła o szklankę dietetycznej Coli, ja zjadłem czym prędzej, posprzątałem dom i ruszyłem na podbój internetu. Przeglądnąłem kilka portali branżowych o tematyce IT, na których przeczytałem bardzo defetystyczne scenariusze co do szału pokemonów. Aż samemu sprawdziłem, ile czasu spędziłem, uganiając się za japońskimi potworkami. A następnie o moim zerwanym już tydzień wcześniej związku z koleżanką, w której kochałem się już trzeci rok z hakiem. Po tym związku czułem się źle. Bardzo, bo z jednej strony niesamowicie winny (zwykłem obciążać się ciężarem miana prowodyra takich incydentów) a z drugiej wykorzystany, oszukany i pusty. 

      Treningu akuratnie nie miałem, warto napomnieć, bo musiałbym tu zrobić dużą dziurę fabularną (jeśli można nazwać opis tego poranka fabułą), a dziur fabularnych nikt nie lubi. Treningi miałem codziennie praktycznie, z przerwami na wyjazdy trenera, czy moje własne. Przygotowywałem się do egzaminu na czarny pas. Zabawnym jest, że gdy zaczynałem, czarny pas uznawałem za limit, za pułap, nie miałem ambicji na więcej. Dziś, choć zmęczony bezsensem struktury naszej organizacji, reguł i dziurami w filozofii, chcę ćwiczyć po sam grób, nad którym zdarza mi się filozoficznie pochylać. Zwłaszcza podczas tych smutniejszych dni bez pizzy i miłości.

      Okazało się, że dwie dychy to odrobinę za mało. Wiktoria na dodatek nie lubi kukurydzy w pizzy – także nici. Na moich przemyśleniach zeszło mi trochę czasu, w międzyczasie słuchałem smutnej jak pierwszy września muzyki, przerywając chlipnięciami, nie wiem, czy bardziej wzruszony beznadzieją sytuacji, czy brakiem pieniędzy.

      Dochodziła szesnasta. Szok, niedowierzanie, panika. Jak to?! Przecież przed chwilą smażyłem jajecznicę! O… trzynastej. Tak mi mniej więcej upływa czas w trakcie wakacji, ledwo się zdążę odwrócić – jego już nie ma. Podobnie zresztą z wakacjami…

      Włączyłem telewizor… czego pożałowałem. Pierwszy: serial nudny jak flaki z olejem. Jakbym zaglądał przez okno do sąsiadów. Drugi: serial z gatunku „kontrowersyjnych”… albo odcinek serii. Nie wiem co to, jest mi w sumie bez tej wiedzy dobrze. Młoda narkomanka ucieka z domu, zatrzymuje się u emerytowanego wdowca, którego syn powiesił się z powodu depresji, do której doprowadziła go heroina. Następny, z tego samego gatunku, gimnazjalistka przedsięwzięła próbę samobójczą z powodu kompleksu nadwagi i zdrady jej (jakże dojrzałego, inteligentnego i zdecydowanie gotowego na prawdziwy związek) chłopaka. Na szczęście, nie udaje się jej. Wiadomości nie chcę oglądać, starczy mi już tragedii na jeden dzień.

      Usiadłem. Jako miłośnik języka Brytów mógłbym popijać właśnie herbatkę z mlekiem, mrucząc sentencje z ich dumnym, przeuroczym akcentem. Niestety, popijałem dietetyczną Colę, zagryzając wargę, rozmyślałem nad sensem i znaczeniem tego słowa. Byłem świeżo po lekturze „Kongresu futurologicznego” Stanisława Lema, który pozostawił mnie z muchą w buzi, której obecności nawet nie zauważyłem. Gdyby Lem był chemikiem i pisarzem jednocześnie, napisałby scenariusz Breaking Bad. Właśnie, Breaking Bad. Nie omieszkałem obejrzeć odcinka trzeciego już sezonu. Serial absolutnie chory, ale genialny, porywający i degustujący z każdym sezonem. Polecam, jedenaście na dziesięć.

      Rodzice wrócili z pracy, położyli się i zaczęli narzekać na otaczający nas świat. Nie dziwię im się, sam lubię sobie powyrzucać na otoczenie. Czasami po prostu nie da się inaczej.
      Wiktoria w tym czasie (przez bite kilka godzin) oglądała publikacje internetowych twórców na YouTube, głównie na temat gier wideo. Samemu mi się zdarza, kiedyś zdarzało się częściej. Może na drodze mojej odpowiedzialności za jej wychowanie posunąłem się o krok za daleko, wszczepiając jej wszystkie rzeczy jakimi się interesuję? Z drugiej strony, ja dobrze na tym wyszedłem. Kiedyś chciała być chłopcem, mieć dziewczynę i grać w głupie gry. Dzisiaj chce być dziewczynką, nie mieć chłopaka i grać w dobre gry. Zuch dziewczyna.

      Oprócz karate i gier wideo interesuję się również rysunkiem. Znaczy, interesuję się to  w porównaniu z dwoma pierwszymi lekka przesada. Coś sobie poskrobię, lubię sobie skrobać i wymyślać coś, co naskrobię. Nie znam w żadnym razie nurtów, stylów, ani artystów, nie kręci mnie to na razie na tyle, żebym się jakoś specjalnie zagłębiał. Rysuję głównie twarze, one (przyznam nieskromnie) wychodzą mi całkiem dobrze. A jeśli coś wychodzi Ci dobrze, to sprawia Ci przyjemność. Dlatego ciężko mi zrezygnować z rysowania samych twarzy, reszta średnio mi wychodzi. Ale mam nadzieję przezwyciężyć moje lenistwo!

      Ubieram słuchawki, zwieńczenie moich zainteresowań: muzyka. Tym razem rytmiczna i żywa, mam ochotę na coś, co nie wprawi mnie w przytłaczający smutek, jaki to trzymał mnie przez większość roku szkolnego i kawałek wakacji. Słucham głównie muzyki instrumentalnej, takiej, której ocena nie musi zależeć w żadnym razie od mojego ilorazu inteligencji jako humanisty. Nie lubię sobie wypominać, że mam braki w edukacji, to masochizm, czysty masochizm, skoro jestem dopiero w drugiej klasie gimnazjum. Choć, jako humanista, bywam swojego rodzaju masochistą.

 

Dawid Gryzik, 2e

 

 

 


Podziel się
oceń
14
0

Tajemnica?

piątek, 19 września 2014 22:48

 

Zimny wiatr owiewał jej ciało. Pod jego naporem bieg dziewczyny był wolniejszy niż zwykle. Sportowe buty, bluza i zwykłe dresy, a w nich paczka papierosów kojących zszargane nerwy Lily. Nie wyróżniała się niczym  od połowy ludzi mieszkających na przedmieściach miasta, tam gdzie ona.

                Szare chmury okrywające niebo prawie każdego dnia mogły przyprawić o mdłości. Mijając kolejne osoby wyruszające codziennie o tej samej godzinie do pracy, zdawało jej się że zamknięta jest w kręgu czasu. Dzień w dzień robiła dokładnie te same czynności. Wstawała powoli z łóżka , kiedy było jeszcze ciemno. Jadła to, co akurat miała w lodówce, a nie było tego za wiele. Biegła do centrum „dla rozruchu”, robiła „zakupy” składające się z nowej paczki fajek, czegoś do picia i suchej bułki. Czasami zdarzało jej się kupić coś więcej, ale zwykle nie miała takiej potrzeby. Biegła dalej, rozglądając się wokół i badając każdy metr kwadratowy Londynu. Czujnie lustrowała ludzi od góry do dołu. Robiła to dokładnie. Każdy, dosłownie każdy był dla niej podejrzany…

                Chcąc uniknąć nagłego deszczu, weszła do centrum bokserskiego. Wrzuciła zakupione artykuły spożywcze do swojej szafki i wbiegła do pomieszczenia z workami treningowymi. Rękawice już na nią czekały. Zaczęła energicznie uderzać w jeden z worków swoimi małymi, ale jak już zniszczonymi od ćwiczeń dłońmi. Złość uchodziła z niej przy każdym ruchu coraz bardziej. Krople potu pojawiły się na jej czole, a blond włosy posklejane od niego opadły jej na twarz. Odgarnęła je niezgrabnie przedramieniem, tym samym ocierając mokre czoło.

Była dobra. Tak przynajmniej mówili w klubie. Uczucia, które się w niej kłębiły pchały ją do silnych uderzeń. Pokonałaby niejednego faceta. Była gotowa do walki. Wiedział o tym każdy,  kto ją widział. Nienawiść w oczach mówiła wszystko, chociaż nikt o niej dużo nie wiedział. Samotnik walczący o przetrwanie – powiedziałby każdy człowiek, któremu chociaż raz pokazała się na oczy. Ale prawda była całkowicie inna. Diametralnie inna…

 

***

 

Wracając, zawsze biegła tą samą drogą. Park, osiedle, dom. Nic nadzwyczajnego. A jednak. Biega tamtędy dla jednego powodu. Zawsze, w tym samym miejscu nieopodal zaczynających się przedmieść Londynu przy komisariacie stał tajemniczy chłopak. Za każdym razem oparty o ceglaną ścianę z telefonem dotykowym w dłoni. Zapatrzony w ekran. Przebiegając, czuła jego wzrok na swoim karku. A przynajmniej tak jej się wydawało, bo według jej niezawodnych oczu dalej gapił się w kolorowy wyświetlacz. Był dla niej interesujący. Postawa jego ciała świadczyła o pewności siebie, a to była rzecz, której Lily nienawidziła najbardziej na świecie. Ominęła go więc,  przebiegając dość blisko niego. Jej włosy spięte w kucyk drasnęły jego twarz końcówkami. Poruszył się. Na twarzy Liliann pojawił się cwany uśmieszek.

                Czekał przed posterunkiem jak codziennie na swojego przyjaciela. Zniecierpliwienie dawało mu się już we znaki. Ruch jego nogi stawał się coraz szybszy. Mark zawsze się spóźniał.

James usłyszał znajomy rytmiczny tupot stóp. Nie musiał podnosić wzroku. Dobrze wiedział, że to biegnie właśnie ona. Blondynka w bluzie z kapturem. Uśmiechnął się pod nosem. Obserwował ją już od 2 miesięcy, od kiedy zaczęła tędy biegać. Był świadomy tego, że to z jego powodu. Był bystrym facetem. Dziewczęta lgnęły do niego jak pszczoły do miodu. Nie musiał się specjalnie zastanawiać, dlaczego tak jest. Jego brązowe ułożone w górę włosy, doskonale akcentowały linię męskiej szczęki, pokazując  przy tym, jak  bardzo był przystojny.

                Wyczuł na twarzy lekki dotyk, jej pachnących jabłkami włosów. Pierwszy raz podniósł wzrok. Drgnął. Poczuł się jakby przegrał jakąś ważną nagrodę, którą miał w zasięgu ręki. Ta walka była dla obojga wiadoma. Nikt nie powiedział o niej na głos, jednak dało się wyczuć nutę rywalizacji, kiedy przebiegała. Kto pierwszy ulegnie drugiemu. Czy ona się zatrzyma, czy on się poruszy…

                Z zamyślenia wyrwał go kuksaniec. Popatrzył na sprawcę. Ciemnoskóry, nieogolony mężczyzna stał u jego boku zaglądając mu przez ramie do jego telefonu.

- Szybciej się nie dało Mark ? – zapytał z wyrzutem James i schował komórkę do tylnej kieszeni spodni.

 - Radziłbym ci się tak nie szczerzyć do tej blondyny – burknął, spychając tym samym temat swojego spóźnienia na drugi plan.

- Nie szczerzę się – Handsome zmarszczył brwi, wściekając się lekko na kolegę. – Dobra,  nieważne. Chodź już, bo kolejny raz przez ciebie spóźnimy się na spotkanie – powiedział tylko, otwierając drzwi do swojego czerwonego Porsche. Obrażony przyjaciel okrążył auto i wsiadł z drugiej strony.

- No, ruszaj – westchnął z nutą goryczy w głosie.

- Tak jest – zaśmiał się brunet i włączył silnik.

                Pojechali w umówione miejsce. Był to ciemny, niezbyt przyjemny bar. Śmierdziało spalonym olejem, w którym smażono frytki i rybę. Zamówili sobie po coca-coli i czekali na swojego gościa. Zajęli miejsca w rogu pomieszczenia. Mark patrzył na drzwi wejściowe bez przerwy. Oparł się o zagłówek sofy, rozmyślając.

                Mieli przeprowadzić rozmowę z jednym z obiecujących zawodników wybranym przez trenerów z kilku bokserskich klubów w mieście. To oni mieli „sprawdzać nowo odkryte talenty”. Trzeba przyznać, że była to dość dziwna praca po tym jak zostało się Mistrzami Juniorów w boksie.

Siedzieli około piętnastu minut znudzeni już czekaniem, kiedy do baru weszła znajoma Jamesowi dziewczyna. W jednej sekundzie spiął się i usiadł normalnie, a nie jak „pół rozpuszczony bałwan w czasie odwilży”. Dziewczyna szukała wzrokiem nieznajomych chłopaków, o których wiedziała tylko tyle, że ma ich być dwóch i mają być dość młodzi.  Patrzyła na wszystkie stoliki po kolei. W sumie nie miała za dużego wyboru, bo przy barze siedział stary pijak, a przy stoliku na środku jakaś młoda para z dzieckiem jadła  obiad. Potem dostrzegła dwóch młodych chłopaków. Szczególnie jeden przykuł jej uwagę. Zmrużyła oczy, aby przekonać się, czy nie ma halucynacji…

Nie miała ich. Ruszyła w stronę tego też stolika i usiadła po drugiej stronie stołu z dwoma kanapami. Spoglądając na zdziwionych partnerów, wyłożyła swoje CV i przysunęła pod nos Jamesowi. Ten spojrzał na nią zaskoczony i tylko wziął je i otworzył. Mulat przyglądał jej się cały czas. Kątem oka spoglądał na przyjaciela. Handsome czytał tekst dotyczący dziewczyny w zawrotnym tempie. Pochłaniał o niej każdą informacje, ważną lub mniej ważną. W pewnej chwili  coś  go olśniło. Wrócił do rubryki  dotyczącej  pochodzenia i nazwiska.

- Lily ? – popatrzył na nią  sponad kartki.

- Emm… Tak mam na imię – uśmiechnęła się zakłopotana. James wyciągnął do niej dłoń.

- James. James Handsome – usta dziewczyny przybrały kształt litery „o”. Podała mu rękę.

Mark patrzył na nich zdziwiony. Westchnął głośno.

- O co chodzi ? Czy ja o czymś nie wiem ? – zdenerwował się. Brunet spojrzał na przyjaciela.

- Sam nie wiem… Ale chyba ją znam…

- Jak to ? – zmarszczył brwi, nie zwracając uwagi na siedzący obok nich obiekt rozmowy. Odkaszlnęła. Odwrócili się momentalnie.

- Dziękuję szanownym panom za uwagę – powiedziała uszczypliwie. – Możemy się zająć naszą rozmową o boksie i zostawić dawne znajomości ? – Mark przewrócił oczami i zmienił temat. James za to pogrążył się w swoich myślach. Analizował przeszłość , szukając wspomnień o osobie siedzącej przed nim twarzą w twarz…

 

Szczęściara

 

 

PS  Skąd James zna Lily? Jaką wspólną przeszłość ukrywają? I co szykuje im przyszłość? Ciąg dalszy historii już wkrótce  :)

 


Podziel się
oceń
12
0

Opwiadanie Pauliny na jesienny wieczór...

sobota, 16 listopada 2013 22:06

Ten dzień był deszczowy i chłodny, zresztą jak wszystkie w tym tygodniu. Niby kończyła się wiosna, a za oknami starych kamienic wyglądało, jakby był środek października.

Clove siedziała na dywanie w ciemnym pokoju, szlochając cichutko, a w tle słychać było „Eyes on Fire”. Dziewczyna spojrzała kątem oka na przewrócone, kartonowe pudełko i po chwili znów wlepiła wzrok w zdjęcie małej dziewczynki. Była to jej mama, kiedy miała trzy lata. Clove nigdy wcześniej nie widziała jej na oczy, nie licząc tego jedynego zdjęcia. Słyszała kilka wersji, dlaczego ją zostawiła. Jedni mówili, że to przez nałogi, drudzy, że nie była gotowa na to, żeby opiekować się dzieckiem, jeszcze inni, że była za bardzo zajęta sobą, pracą, hobby albo znalazła innego mężczyznę. Nawet nie znała jej prawdziwego imienia. Nikt przecież nigdy nie poruszał TEGO tematu z Clove... Dziewczyna nie płakała jednak z tęsknoty za mamą. Jej łzy spowodowane były tym, że jej znajomi nie akceptowali jej wyglądu, stylu życia.

Miała 14 lat i też na tyle wyglądała. Gruby, brązowy warkocz spływał po jej ciele aż do pasa. Spod ciemnoczerwonej, lekko pofalowanej grzywki patrzyła na świat dużymi, szarymi oczami. Nie była zwolenniczką makijażu, więc nawet nie posiadała dużej ilości kosmetyków. Miała nieskazitelnie czystą i bladą skórę, jakby przed chwilą płatki śniegu oblepiły całej jej ciało. Zazwyczaj była miła, lecz bardzo szybko się denerwowała. Czasem nawet lubiła się pośmiać, ale nie było to takie łatwe, bo brakował po prostu powodów do uśmiechu. Coraz częściej w szkole musiała znosić komentarze pod swoim adresem. Często na swojej szafce znajdowała wypisane jakieś hasła. Nie były one miłe. Czasem zamieniła kilka słów z kolegami, ale na koleżanki (wymalowane kobietki, chodzące na platformach z różowymi torebkami) nie miała co liczyć. I tak większość przerw między lekcjami spędzała w szkolnej bibliotece, w której raczej nie zbierały się tłumy. Oprócz czytania Clove mogła jeszcze pogawędzić ze starszą bibliotekarką, panią Doods. Po powrocie ze szkoły dziewczyna chodziła dwie ulice dalej na treningi, ale nie siatkówki jak to robiła większość klasy. Clove trenowała łucznictwo. Bardzo lubiła swojego trenera, więc spędzała tam sporo czasu. Uczyła się też grać na gitarze klasycznej, lecz nie chodziła na jakiekolwiek zajęcia. Wolała uczyć się sama ze starych podręczników i internetu. Tak w roku szkolnym mijały dni.

Clove poskładała wszystkie zdjęcia i włożyła je do pudełka. Po wsunięciu go pod łózko, przebiegła wzrokiem po swoim pokoju i zobaczyła wiszący nad łóżkiem plakat z nagłówkiem: „Obóz dla młodych łuczników 30.06- 20.07”. Otarła łzy, sięgnęła po swój granatowy dziennik  i od razu wzięła się za pisanie:

 

          /28.06 czwartek/

 

         „Drogi pamiętniku,

          To już za dwa dni! Nie mogę się doczekać, kiedy na własne oczy zobaczę        

          Glimmer Eveden. Może uda mi się z nią porozmawiać…

          Mam taką nadzieję!”.

 

Zamknęła zeszyt i powędrowała do pełnej walizki. Spojrzała na plakat z twarzą Glimmer i przebiegła palcami po skórzanym kołczanie. Jednak radości towarzyszył też strach. Czekały ją przecież zawody, które miała oceniać sama Glimmer. Wbiła wzrok w ścianę i wyszeptała do siebie: „Będę najlepsza…” wskoczyła do łóżka i zasnęła.

         Następny dzień był taki sam jak pozostałe. Różnił się jedynie tym, że zamiast lekcji i przesiadywania w bibliotece odebrała świadectwo i po pożegnaniu pani Doods poszła do domu. Resztę dnia spędziła na strzelnicy. Po powrocie do domu od razu poszła spać. Nawet nie zwracała uwagi na tatę, ponieważ jak zwykle był zajęty pracą.

         Przez całą noc myślała o tym ile punktów zdobędzie jutro, a raczej dzisiaj, ponieważ była już godzina 2:38 (!!). Dopiero około 4:30 udało jej się zasnąć.

         Rano wstała bez problemu, bo wiedziała, co ją czeka. Zjadła śniadanie, ubrała brązową luźną bluzkę, rozpiętą koszulę z jeansu i szare legginsy. Włosy związała w warkocz i wyszła. Miała jeszcze mnóstwo czasu. Na przystanku skąd odjeżdżał autobus, spotkała swojego przyjaciela, którego znała ze strzelnicy. Poza panią Doods i trenerem to właśnie z nim dogadywała się najlepiej. Miał na imię Luke. Tak jak Clove miał 14 lat, jednak nie chodził do tej samej szkoły.

         12 godzin jazdy minęło bardzo szybko, tym bardziej, że dziewczyna miała z kim porozmawiać, a temu chłopakowi mogła powiedzieć bardzo dużo.

         Kiedy już prawie dotarli, Clove wypadł dziennik z plecaka. Luke podniósł go i przeczytał ostatni wpis.

         - Eveden?- zapytał

         - Jak powiesz, że jej nie znasz albo nie lubisz, przysięgam - uduszę cię..

         - Oczywiście, że znam!- zaśmiał się, a na twarzy Clove pojawił się uśmiech.

         - Masz szczęście - zachichotała i po chwili wygłupów odebrała zeszyt chłopakowi.

Wszyscy wysiedli z autobusu, a ich oczom ukazał się przepiękny widok – taki, jaki widzieli już rok temu. Na środku rozciągało się jezioro z odbijającymi się barwami zachodzącego słońca. Po prawej stronie krajobrazu stały cztery drewniane chaty – to w jednej z nich mieli zamieszkać. Zaś po lewej widać było wielką polanę, a na niej strzelnicę. Dla dziewczyny piękniejszy widok nie istniał. Niezapomniany zapach lasu wokół obozu unosił się w powietrzu.

Po rozpakowaniu się  wszyscy zebrali się przy jeziorze, aby lepiej się poznać. Clove nie miała z tym najmniejszego problemu, ponieważ wszyscy byli tutaj tacy jak ona: ubrani w barwy moro, uwielbiający biegać  z łukiem po polanach i łąkach. Szybko zapoznała się z resztą uczestników obozu, a następnie w ramach relaksu wszyscy poszli na strzelnice.

Dzień szybko się skończył i dziewczyna wróciła do przydzielonego wcześniej pokoju 22, który dzieliła z nowymi koleżankami. Kiedy weszła, dziewczyny zachęcająco uśmiechnęły się do niej, a w tle widniały rozmaite plakaty Glimmer. „Znalazłam bratnie dusze”: powiedziała do siebie. Następnego dnia miała pojawić się ich idolka, więc cała podekscytowana czwórka poszła szybko spać.

Rano wszystkie dołączyły do grupy, aby przywitać się z Glimmer. Pytania padały jedno po drugim. Clove tylko słuchała uważnie i zapamiętywała odpowiedzi. Wgapiała się w jej twarz, bo wiedziała, że jest coś jeszcze niż tylko to, co na zdjęciu czy plakacie. Coś znajomego. W pewnym momencie przypomniała sobie 3- letnie dziecko ze zdjęcia. Tak. To ta sama twarz, rysy, szare oczy i śnieżnobiała skóra. Wystarczyło tylko, żeby padła odpowiedź: „Po byłym mężu miałam na nazwisko Forbes…” Clove nie mogła w to uwierzyć... Postanowiła powiedzieć o tych domysłach swojemu opiekunowi, z którym  doskonale się dogadywała. Razem  sprawdzili biografię Glimmer i wszystko było jasne...

W te wakacje Clove odnalazła swoją mamę, a Glimmer obiecała jej, że na obozie nadrobią wszystkie stracone lata, zaś po powrocie zaczną po prostu od nowa i już nic nie będzie takie samo, bo przecież mają wreszcie siebie...

 

/11.07 czwartek/

 

„Drogi pamiętniku,

Tych wakacji nie zapomnę do końca życia… a zawody?

Poszło świetnie. II miejsce! ~Clove

 

 

Paulina Pryk


Podziel się
oceń
13
0

Podróż w czasie

poniedziałek, 21 października 2013 22:35

Był słoneczny, lipcowy poranek. Siedziałam na tarasie w naszym apartamencie, czytając książkę. Nagle mama oznajmia, że dzisiaj o 12:00 wyruszamy w rejs statkiem wycieczkowym. Będziemy płynąć przez trzy dni, podziwiając piękne wyspy Chorwacji. Ucieszyłam się na tę wiadomość i od razu pobiegłam się spakować, nie zapominając o ulubionym aparacie fotograficznym, z którym nigdy się nie rozstaję.

                Na statku przydzielono nam trzyosobową kajutę, dla mnie i rodziców. Po rozpakowaniu została nam jeszcze godzina do uroczystego obiadu, więc razem z rodzicami wybraliśmy się na spacer po pokładzie statku. Byłam zachwycona, gdy zobaczyłam wielki basen z kilkoma zjeżdżalniami.   Siłownia, a nawet salon masażu – wszystko do naszej dyspozycji...

                Podczas uroczystego obiadu przywitał nas kapitan statku, omawiając program wycieczki. Najbardziej nie mogłam się doczekać momentu, kiedy dopłyniemy do miejsca, gdzie pływają delfiny. Dzieliły nas cztery  godziny do spotkania z tymi wspaniałymi stworzeniami, które zawsze marzyłam spotkać.

                Popołudnie postanowiliśmy spędzić na basenie. Świetnie się bawiłam, zjeżdżając na zjeżdżalniach i grając w siatkówkę z innymi uczestnikami wycieczki. Nagle zerwał się silny wiatr i nadciągnęły ciemne chmury. Po chwili na ciele poczułam małe kropelki deszczu. Pobiegliśmy szybko do swoich kajut, myśląc, że zaraz rozpęta się burza. Statek zaczął się kołysać, aż przedmioty z półek spadały na podłogę. Ogromne fale zaczęły zalewać pokład, a kapitan kazał nam założyć kamizelki ratunkowe. Przerażeni wykonaliśmy polecenie, a ja poczuła się jak na "Titanicu" i wcale nie było mi do śmiechu…  Zawyły syreny. Wszyscy z krzykiem wybiegli z kajut. Panika ogarnęła całą załogę. Z minuty na minutę statek coraz bardziej się przechylał, a to w prawo, a to w lewo. Trzymałam się kurczowo barierki. Wtem zobaczyłam zbliżającą się kilkumetrową falę, która pochłonęła mnie w otchłań morza... Poczułam niemoc i bezsilność. Zauważyłam pływających obok mnie rodziców, podniosło mnie to na duchu. W tej samej chwili, tuż za nimi wyłoniły się trzy płetwy grzbietowe.                                                             

- Czyżby rekiny? - pomyślałam. Były to na szczęście delfiny. Nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Nagle jeden z nich podpłynął do mnie i dał mi znak, że mogę go dosiąść. Zrobiłam to, choć niepewnie, a zwierzę wydało z siebie radosny dźwięk. Rodzice naśladowali moje ruchy i razem płynęliśmy do brzegu.

- Marta! - zawołała mama. Odwracam się do niej, ale nie odpowiada.              

- Marta, obudź się! - znowu usłyszałam głos. Otworzyłam oczy i okazało się że to tylko sen...

 

Marta Szpyrka

                                                                                                                          


Podziel się
oceń
15
1

poniedziałek, 19 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  26 199  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728    

O moim bloogu

myślę sobie, że...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 26199

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl